Hiszpanii droga przez mękę

User Rating: / 3
KiepskiSuper 

W sobotę Hiszpania dokonał tego, o czym wszyscy jej fani marzyli od lat. Wreszcie awansowała do półfinału w Mistrzostwach Świata. David Villa i spółka osiągnęli to, co nigdy nie udało się ich poprzednikom, albowiem choć Hiszpanie w 1950 roku ukończyli mistrzostwa na miejscu czwartym, ale wówczas półfinałów nie było – najlepsi grali ze sobą systemem „każdy z każdym”.

Spośród całej czwórki półfinalistów tegorocznego mundialu właśnie Hiszpanie są swoistym beniaminkiem. Smak półfinałów zaznał i Urugwaj, i Holandia, zaś dla Niemiec ten etap to praktycznie chleb powszedni.

Zerknijmy zatem na tę wyboistą drogę drużyny zza Pirenejów od zarania mundialowych dziejów aż do dnia dzisiejszego. No może nie od zarania, gdyż na pierwsze mistrzostwa Hiszpanie się nie wybrali – do Urugwaju było za daleko.

Wzięli natomiast udział w następnych mistrzostwach świata, w roku 1934. W pierwszej rundzie rozprawili się z Brazylią 3:1, ale w ćwierćfinale los postawił na ich drodze gospodarzy turnieju – Włochów. Mając w składzie Ricardo Zamorę w bramce, Hiszpanie spodziewali się awansu, ale, jak podkreślają historycy, Benito Mussolini na to nie pozwolił, wywierając ogromne naciski na sędziach, aby to właśnie Włosi zostali mistrzami świata.

Zamora i koledzy przekonali się o tym dobitnie. Włosi słabsze umiejętności niwelowali brutalną grą, na co ewidentnie przymykał oko sędzia. Mecz zakończył się remisem 1:1 (co skutkowało powtórką), ale koszty, jakie ponieśli Hiszpanie, były ogromne. Z powodu kontuzji w starciu numer dwa nie mogło zagrać aż ośmiu piłkarzy drużyny gości, w tym wspomniany Zamora. Powtórkę, toczoną w podobnie niesportowych warunkach, Włosi wygrali 1:0. Sędzia nie uznał dwóch bramek dla Hiszpanii, a czterech jej piłkarzy kończyło mecz z poważnymi kontuzjami (zmian zawodników przepisy, do 1966 roku włącznie, nie przewidywały). Za Pirenejami do tej pory wypomina się Włochom tamte spotkania.

Wojna domowa sprawiła, że w 1938 roku do rewanżu między tymi wybitnie piłkarskimi nacjami nie doszło. Hiszpanie pojawili się na mundialu dopiero w 1950 roku w Brazylii. Ich gwiazdą był wówczas Telmo Zarra – do dziś najlepszy strzelec ligi hiszpańskiej. Zarra poprowadził kolegów m.in. do wygranej z Anglią a później, w fazie finałowej, do remisu z późniejszymi mistrzami świata – Urugwajczykami. Porażki z Brazylijczykami i Szwedami sprawiły jednak, że Hiszpanie ukończyli turniej na dopiero czwartym miejscu. Tym niemniej: jak na razie najlepszym w historii. Teraz... gorszego nie zajmą.

Później niespodziewanie nadeszły gorsze czasy. Dwa razy nie udało się zakwalifikować do turnieju finałowego, zaś w 1962 roku w Chile hiszpańska armada zakończyła zmagania na fazie grupowej. Wydawało się, że cztery lata później w Anglii będzie lepiej, ale ówcześni mistrzowie Europy znów wyjeżdżali już po fazie grupowej.

Następne dwa mundiale Hiszpanie spędzili w domu, aby w Argentynie, w 1978 roku, tradycyjnie odpaść na etapie grupowym.


Przełomem miały być mistrzostwa świata na ich własnym terenie. Niestety, w 1982 roku mieli niezwykle słabą reprezentację, albo też presja ze strony kibiców okazała się paraliżująca. Dzięki wydatnej pomocy sędziów udało się przejść pierwszą rundę, ale w drugiej „La Furia Roja” przegrała z Niemcami i zremisowała z Anglią, co nie wystarczyło na półfinał.

W 1986 roku Hiszpanie, jako panujący wicemistrzowie Europy, mieli spore apetyty. Podsyciła je niezasłużona (prawidłowy gol nie został uznany, zaś uznany gol dla rywali padł ze spalonego) porażka z Brazylią, typowaną wówczas do złota. Hiszpanie grali świetnie, a zgaszenie słynnego „Duńskiego Dynamitu” w 1/8 finału aż 5:1 przeszło do historii mistrzostw świata. Tyle tylko, że w ćwierćfinale ulegli po rzutach karnych Belgom, choć dominowali na boisku przez całe spotkanie.

Cztery lata później, we Włoszech, Hiszpanie nie byli zbyt przekonujący i choć wyszli z grupy, w pierwszym meczu fazy pucharowej ulegli całkiem zasłużenie Jugosławii, prowadzonej na boisku przez Dragana „Pixiego” Stojkovicia.


W USA w roku 1994 w ćwierćfinale na drodze do szczęścia Hiszpanom znów stanęli Włosi i znów nie obyło się bez kontrowersji. Brutalny atak Mauro Tassottiego, który w obrębie własnego pola karnego połamał nos Luisowi Enrique, pozostał niezauważony przez Węgra Sandora Puhla, który potem „w nagrodę” został wyznaczony do prowadzenia finału. W opisanej sytuacji nie podyktował karnego i 2:1 wygrali Włosi. Tassotti dyskwalifikację za ten niecny czyn otrzymał dopiero po mundialu.

Mistrzostwa z roku 1998 to kolejne rozczarowanie potomków Iberów. Mimo wygranej 6:1 z Bułgarią w fazie grupowej, ponownie akurat na niej zakończyli swoją przygodę.

Wydaje się, że niesamowicie silną reprezentację Hiszpanie zawieźli do Azji na World Cup Korea Japonia 2002. Grali efektownie i efektywnie, ale w ćwierćfinale trafili na gospodarzy, tych z Korei Południowej. Co się działo wówczas, tego w kilku słowach opowiedzieć nie sposób. W każdym powtórzył się koszmar z 1934 roku. Jak wtedy, tak i w 2002, sędziowie pomagali gospodarzom bardziej niż przysłowiowe ściany. Dodatkowo na niekorzystnym dla gości wyniku zaważył brak lidera zespołu – Raula, któremu występ uniemożliwiła kontuzja pachwiny.

Cztery lata temu Hiszpanom w Niemczech znów towarzyszyły ogromne nadzieje, tworzyła się wielka drużyna Luisa Aragonesa. Jego podopieczni czuli się tak mocni, że nawet nie próbowali uniknąć po wyjściu z grupy potyczki z Francuzami. Skończyło się na tym, że w 1/8 finału Zinedine Zidane i jego koledzy wygrali 3:1.

Długa, kręta i ciągle nieudana droga do półfinału zaowocowała słynnym powiedzeniem: „Gramy jak nigdy, przegrywamy jak zawsze”. W tym roku wydaje się, że należałoby zmienić to powiedzenie na: „Gramy jak zawsze, wygrywamy jak nigdy”, bo Hiszpanie wcale nie zamierzają poprzestać na sobotnim sukcesie.

 
Nasz Newsletter

*

(*) Pola obowiązkowe

Rozmiar czcionki